Z "Barrakudą" w Chorwacji
Latem 1998 po tym jak na obozie
klubu "Orka" w Jastarni zaliczyłam kurs i zdobyłam III stopień płetwonurka podjęłam
dość wywrotową decyzję i wybrałam się na kolejny obóz z zupełnie innym klubem.
Chodzi o wyjazd do Chorwacji, na którym okazało się, że "Barrakuda" wcale nie
jest taka drapieżna i można z nią spędzić wspaniałe wakacje.
Kilkadziesiąt osób (obóz cieszył się dużą popoularnością)
zjechało do miejscowości Sibenik po to, by zdobywać kolejne stopnie, sprawności
i wiedzę nurkową. Część z nich, tak jak ja zresztą, była tzw. "swobodnymi nurkami",
których nie obowiązywały żadne zaliczenia.
Rzeczone osobniki dysponowały nieograniczoną ilością czasu wolnego, który spędzały
w sposób rozmaity - począwszy od nurkowania, przez kąpiele słoneczne lub też kąpiele
w wodzie morskiej (bez sprzętu lub ostatecznie w "A,B,C"), zabawy na plaży (szaleństwa
na zjeżdżalni), nawiedzanie nieznanych zakątków, penetrowanie okolicy, wyjazdy
do miejscowości bardziej odległych (np. Split, Trogir), obżeranie się małżami
lub jedzenie bardziej trywialnych potraw (np. makaronu) ale za to w jakim gronie!,
przez picie soków i piwa oczywiście (np.Karlovacka) na nurkowaniu skończywszy.
Słońce cały czas stało na wysokości
zadania, więc najbardziej rozsądnym pociągnięciem było wypływanie na nurkowanie
wcześnie rano, ok. ósmej. Ekipy nurkowe ustaliły się dość szybko i z dnia na dzień
coraz bardziej sprawnie udawało im się zapakować do dwóch pontonów ciągniętych
przez trzeci (nurkowa karawana!), na których podpływały do kolejnych miejsc nurkowych.
Pontony zawsze płynęły wolno, było więc dużo czasu na dowcipy, milczenie, dosypianie
po śniadaniu lub wybieranie z nich wody.
A na dole pod wodą albo trawa,
albo piasek, albo jakieś miłe stworzenie typu ośmiornica, "duzo muselek" , rozgwiazdy,
jeżowce - niektórzy pamiętali je jeszcze długo po nurkowaniu, szable Adriatyku
i wszystko taaakie piękne! Dość osobliwym zjawiskiem nie należącym do fauny i
flory podwodnej były różnego rodzaju i rozmiaru pantofelki (nie pierwotniaki),
które tubylcy bądź turyści musieli gubić namiętnie z brzegu lub z pokładu jednostek
pływających.

Można by tak jeszcze długo wspominać,
ale właściwie lepiej jest pojechać na kolejną wyprawę, żeby nie trzeba było odkurzać
starych wrażeń tylko zbierać nowe. Lato przed nami, a ja słyszałam o kilku niezłych
pomysłach na to jak je spędzić. Zatem, biegnę gotować sprzęt! Będzie okazja na
rozruszanie się na nurkowaniu po Wielkanocne jajko.
Marta Szyszko-Bohusz
powrót